03.11.2017

O korzeniach

Czy ja mówiłam, po co były te kwiaty, te łąki wiosną dziergane?

To był konkurs na ilustracje do pięknej historii. Taki był temat zadany przez wydawnictwo MOI:
"W ogólnym założeniu książka ma pokazywać, jak różnie może przebiegać życie od narodzin do śmierci w zależności od tego, na jakie warunki dany kwiat/ zwierzę/ człowiek trafi. By podkreślić wieloznaczność przekazu, słowa są ograniczone do minimum pozostawiając pole dla ilustracji i własnych odczuć związanych z nimi.  Stąd też wybór najmniej popularnej i najmniej „zużytej” w literaturze dziecięcej materii, jaką jest roślina. Kwiat milcząco, z pokorą przyjmuje, co mu jest dane, jedynie po jego systemie korzeniowym i wyglądzie możemy zauważyć, „kim jest” i  skąd pochodzi. To książka do środka, do odczytania przez własną wrażliwość. Odbiorca, niezależnie od wieku, staje się dyskretnym obserwatorem piękna, delikatności i jednocześnie siły rośliny - w toku całego jej życia. „O wzrastaniu” wraca do wymykającego się słowom momentu wzruszenia, zachwytu, który potrafi (może, niestety, coraz rzadziej) zdarzyć się człowiekowi w trakcie obcowania z  naturą."



Opowiem Wam tę historię po mojemu.



Kiedy wychylasz się z cebulki, świat pełen jest już innych istnień.




Można cię formować jak inne kwiaty twojego gatunku, są na to sposoby.




Ale to, kim będziesz, twój przyszły obraz - był gotowy, zanim pokazałeś się światu.







Może kiedyś uda mi się dokończyć/rozwinąć ten temat w formie książki?





A w ramach ciekawostki pokażę Wam, jakimi ścieżkami brnęłam przez ten temat.
Poniżej gotowa do zdjęcia pierwotna forma "korzeni".
Przepadła jako zbyt dosłowna a przede wszystkim mało atrakcyjna wizualnie.
Kłącze, z którego wyrośnie coś na obraz i podobieństwo.



Temat do przemyśleń na listopadowe wieczory :)

10.10.2017

Konkurs


Kochani, zapraszam na fejsbukowy profil Deszczowego Domu!

Trwa właśnie konkurs w którym nagrodą jest...niespodzianka!...plakat z alfabetem! :)))

Potrwa do piątku.
A teraz pędzę do ortodonty, gdzie dostanę ochrzan jak amen w pacierzu. I tak jestem sprytna, bo na szczepienie z Piątkiem- czyt. zebrać burę - wysłałam Jareckiego. Zdaje się , że przegapiliśmy jeszcze kilka szczepień i za tydzień mam się stawić z całą czwórką. To dopiero będzie występ.
Czy Wasze przychodnie też nie przypominają o szczepieniach? To ich wina, co nie?

A teraz już zapraszam w szranki, >>TĘDY<<




Do wygrania, wiadomo, plakat taki, jak ta wisi na ścianie.



02.10.2017

Plakat z alfabetem

Jest!!!!







Kurier doniósł.
Nie chwaląc się, wyszło cudnie.
Kolorowo, trójwymiarowo. Widać każdy puszek, włókienko, pętelkę. Jest się na co pogapić.

Natychmiast powiesiłam plakat u mojej pierwszoklasistki a pozostałe 6 mld i 9 zer głaskam sobie i głaskam, bo to kreda 250 mg na coś tam i jest nawet mój odręczny podpis zmultiplikowany na każdym egzemplarzu.




Znaczy się, można zamawiać, co tak będę sama głaskać!
Wymiary 98x68
Reszta informacji na priv.





06.09.2017

With love

Prawie pięć lat temu zaczęłam pisać bloga.
Tylko pięć lat!
Zdaje mi się, że sto, bo gdy widzę siebie - nas te pięć lat temu, ledwie poznaję.

Na blogu miałam pokazywać swoje szydełkowe wytwory; tylko tyle.
Co z tego wyszło - sami wiecie.
Taka była potrzeba chwili.
Trudno mi dziś uwierzyć, że po dniu pracy w przedszkolu, z własnymi dziećmi w wieku 2-8 miałam jeszcze siłę, by klecić zdania.
Zdania, które mnie - a potem także i Wam, wreszcie NAM - sprawiały dużo radości.
Było mi to wszystko bardzo, bardzo potrzebne. DZIĘKUJĘ.

Nie ma powrotu do tamtej formuły bloga, tak jak nie ma powrotu do tamtego czasu w moim życiu.

Dziś pisząc o dzieciach czuję, że popełniam nielojalność (tak się w ogóle mówi?;)). To ich życie, ich sprawy - a przecież wciąż zajmują w moim grafiku i głowie tyle miejsca, że nie sposób tego wypikać.


Deszczowy Dom pozostanie tym, czym miał być w złożeniu - galerią moich prac.
Fanpejdż Deszczowego Domu pewnie odżyje, zapraszam >KLIK<
Na koncie instagramowym można nam nawet czasem zajrzeć w kąty albo i w garnki :) (deszczowy.dom)



Z dedykacją dla Nas wszystkich: >KLIK<




Dziękuję


Brakuje JP, naszego fotografa :)
Jarecka




P.S. Obiecuję, że odpowiem na każdy komentarz, jaki zostawicie!

26.08.2017

O tym, jak przyszedł na Jarecką nieznany dzień i godzina a ona nie była gotowa

Złożyło się nader szczęśliwie.
Na tym samym piętrze, co fabryka Jareckiego otwarła swe podwoje przychodnia stomatologiczna Szalej & Co.
Tytułowy doktor Szalej okazał się niezwykle szlachetnym człowiekiem i godnym następcą Hipokratesa. Pośpieszył na pomoc Jareckiemu zaatakowanemu na służbie przez własny kręgosłup. Ofiarnie dźwignął Jareckiego na własnych plecach (co zważywszy na gabaryty obu panów mogło się wiązać z ryzykiem) i naszpikował pacjenta na tyle przeciwbólowo, żeby ten mógł dotrzeć do domu.
Co skwapliwie uczynił.
Jarecki długo opiewał zalety tego bezinteresownego Judyma a w dowód wdzięczności dał Szalejowi dużą zniżkę na wynajem sali w swojej fabryce na szkolenie dla dentystów.
Będą się uczyć zakładać szwy na dziąsłach.
Najsamprzód na dziąsłach świni.

(Teraz chwila na kontemplację tej wizji. Stół, na stole świński łeb, wokół niego pilni uczniowie z igłami w ręku. I już weganie z westchnieniem odstępują od usług Szaleja, ech)

Wieczorami Jarecki sławił piękno przychodni Szalej & Co.; że na sufitach są podświetlane obrazy (na przykład kosmos!), i że kolega z pracy był na wizycie u doktora Szaleja i było SUPER, i już nie było wątpliwości, że TO musi się zdarzyć, to znaczy, że Jarecka ze wszystkimi dziećmi będzie musiała przyjechać do Szalej & Co. z wizytą a raczej z wizytami. Czterema.

Mamy więc piękny letni dzień, pewien malutki biurowiec w dużej metropolii, pod sufitem w korytarzu dynda absurdalny pseudokryształowy żyrandol a Jareccy z dziećmi suną galerią ku przeznaczeniu.
Drzwi przychodni się otwierają.
I niech to dunder świśnie, jeśli naprawdę zdarzyło się co innego, bo w pamięci Jareckiej wygląda to tak:
Skoro tylko Jareccy wsypali się do wnętrza, huknęły szampany, zawirowało konfetti, orkiestra łupnęła w talerze! Drzwi gabinetów otwarły się, wybiegli lekarze i pacjenci - gdy wiwatowali z ust wyskakiwała im lignina - rozpostarły się transparenty na cześć a na czoło rozentuzjazmowanego tłumu wysunęła się młoda kobieta, zdarła z twarzy papierową maseczkę i oznajmiła uroczyście: - pani ma PIĘCIORO dzieci?! Pani jest moją bohaterką!
Tłum w tle zafalował a Jarecka oniemiała. Może dlatego nie czuła, że pacjenci niepostrzeżenie odcinają jej kosmyki włosów i kawałki spódnicy, i upychają je w medaliony na szyjach. Niektórzy mieli nawet kieszonkowe relikwiarze.
Doktor Szalejowa, gdyż ona to była, ta moderatorka euforii, w ciągu następnych dwóch godzin przedstawiała Jarecką każdej pacjentce (zdaje się, że na tę okoliczność zaprosiła tłum koleżanek, gdyż do każdej zwracała się per ty) słowami: ta pani ma pięcioro dzieci! Jest moją bohaterką! A Jareckiej do ucha: no doprawdy nie wiem, Szalej namawia mnie na córkę - mamy dwóch synów - ale ja jestem nimi wykończona... A Jarecka mówiła: dziewczynkę, koniecznie... albo: dwóch małych chłopców? No to nie ma co się śpieszyć z tą dziewczynką...
Doktor Szalej natomiast pocałował Jarecką w rękę i poświadczał żarliwie: - namawiam żonę na córeczkę!

I jak myślicie, co ja wtedy czułam?

Powiem Wam.

Czułam na głowie suche, niekoszone od trzech miesięcy i niefarbowane od miesiąca siano. A na nogach rozkłapciane avarcasy, co to je cholera, zapomniałam w ostatniej chwili zmienić na jakiś bardziej miejski obuw.
Wstyd, wstyd - jeśli Szalejowa nie zechce urodzić kolejnego dziecka to na pewno zrażona podejrzeniem, że przy dzieciach się zapuści!


- Ach - westchnęła Jarecka, gdy wieczorem podsumowywali z Jareckim wrażenia - jak tam mają ładnie, i jacy wszyscy mili. Dzieci zadowolone. Szkoda, że nie mogę tam leczyć moich zębów.
 - Dlaczego? - zdziwił się Jarecki.

Dlaczego, ba.
Dosyć już widzieli.





P.S. Wszystkie matki wielodzietne, którym nie zrobiłam swoją osobą najlepszego PiaRu przepraszam. Poprawię się. U fryzjera już byłam.





18.07.2017

Akt drugi

Żona bez męża to wdowa, dziecko bez rodzica to sierota a rodzic bez dziecka?

Jarecka z żalem powiesiła na drzwiach pracowni zawieszkę z napisem URLOP i postanowiła, jako rasowa Polyanna, ugrać coś dla siebie (jest się tym Niepokonanym albo nie).
I wymyśliła, że uda się do centrum handlowego przejrzeć ofertę wyprzedażową, skoro akurat pozbawiona jest przez los i własne machinacje ogona dziewczynek mówiących: mamo, podoba mi się ta sukienka, a taką ma Zosia, a tata jest mi winien sto trzydzieści złotych, a właściwie to ja nie mam krótkich spodenek/sukni z trenem/pantofelków.
Tylko Piątek, jeden jedyny Piątek.
- Mamo, a czy tam jest jakieś jedzenie? - zainteresował się Piątek, gdy Jarecka zaparkowała samochód na miejscu dla matki z dzieckiem.
- Nie wiem - zełgała bezczelnie i pociągnęła dziecinę w kierunku szklanych drzwi - przez moment doznała zachwycenia widząc swoje odbicie takim luźnym; jedna ręka zajęta a jedna całkiem wolna, jedno oko wolne!

Zaraz po przekroczeniu progu przybytku próżności natknęła się na Koczkównę. Czy pamiętacie, ach, co to był za ślub? Na Zaogoniu? Tę bryczkę w cztery konie i tajemniczą kreację Narogowej? To właśnie ta Koczkówna wtedy za mąż szła.
Poszła i zaraz przyszła, córeczka jej się ino ostała, śliczna, czyściutka i nie stawiająca oporu względem przechadzek po centrach handlowych. Koczkównę przygnał tu ten sam BRAK, co Jarecką. Otóż Luba wyjechała do rodziców na Ukrainę* i na ulicy Ślepej w Zaogoniu zrobiło się nieznośnie odludnie. Brak koleżanki do pogaduszek i towarzyszek zabaw dla córeczki. 
Cóż było robić, zróbmy zakupy.

Piątka szybko znużyła rozmowa tocząca się nad jego głową.
 - Chodź, pokażę Ci, gdzie tata mi kupił mi okulary ze spajdermenem.
 - Ale ja chciałam tutaj...- zawahała się Jarecka ale już jej nieposłuszne nogi pognały za Piątkiem.
No dobra, i tak chciała zajrzeć do tego sklepu po ramkę dla Czwórki, co za różnica teraz czy później!
Regały z ramkami wszelako Piątek miał w pogardzie; ruszył ku zabawkom. Jarecka dała synowi delikatnie do zrozumienia, że te rzeczy nie są najlepszej jakości i może nie warto, na górze też jest sklep z zabawkami. 
W sklepie na górze zabawki były w takich cenach, że Jarecka zarządziła odwrót i dała zgodę na śmieciarkę; z sygnałem dźwiękowym, niech będzie (do cholery).
- Wróciła pani! - rozpromieniła się kasjerka widząc Jarecką ponownie - UPARŁ SIĘ?
Jarecka udała, że nie poczuła się upokorzona sugestią, że jest żałosną, bezwolną matką; Genowefą Smoliwąs dwudziestego pierwszego wieku.
Wyszła ze sklepu rezygnując z własnego shoppingu (za nią, wczepiony w sweter, Piątek sunął po gładkiej podłodze jak narciarz wodny) i postanowiła udać się do pasmanterii, na otarcie łez.
W pasmanterii Piątek (znów!) nie znalazł ujścia dla swojej żywotności i podczas gdy Jarecka w przykucu próbowała wybrać zestaw kolorystyczny dla pewnej maskotki, prosto w jej ucho emitował niecierpliwe: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...
Serio, przez kilka minut na jednym wydechu: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...

Po wyjściu stamtąd Jarecka wykonała telefon do siostry Drumli z informacją, że nie, nie przyjedzie już dzisiaj. Nie ma siły.
Może jutro?
Jutro kolejny dzień z Piątkiem jedyniątkiem.
Zostawmyż sobie jakieś atrakcje na zaś.





*Ze swojej podróży Luba przysłała krótki filmik, który mnie wzruszył do łez. Przebiegła Luba zapowiedziała rodzicom, że przez kierowcę autobusu poda im przesyłkę. I teraz wyobraźcie sobie: autobus podjeżdża, tata Luby wolnym krokiem się zbliża, mama chroni się w cieniu wiaty przed upałem. I WTEM! Z autobusu wyłania się wnuczka a za nią Luba z drugą córką. 
Gdyby mama Luby tego dnia nalazła się na torze w Pardubicach, wygrałaby bieg w cuglach.
Starsza pani w szaleńczo radosnym galopie na widok swojego dziecka - jak ja ją rozumiem!



Dramat, akt pierwszy

Jareckiej już się to kiedyś przydarzyło.
Miała wtedy pięć albo sześć lat i do dziś pamięta tamto uczucie.
Dla złagodzenia traumy mama zabrała ją na największe w mieście lody; raczej nie pomogło.
Wycieczka na Jasną Górę owszem, pozwoliła na chwilę zapomnieć. Wrażenia z niej udokumentowała zresztą pisemnie w liście do siostry Mireckiej, który to list podobno Mirecka jeszcze przechowuje.
Drukowanymi literami, gryzmoląc wszystkie literki J wspak, Jarecka opisywała swoje przygody, a to że straszliwie wysoka wieża, że pierścionek na straganie, że jakiś chłopak powiedział "kosztke maszła" (ale ty wiesz, jak się mówi?) i że JUŻ NIE CHCE BYĆ SAMA.
Właśnie to się stało.
Wszystkie trzy siostry Jareckiej wyjechały na kolonie, opuściły ją, porzuciły, zostawiły na łasce losu i wielką jej uczyniły pustkę, jak to opisał Poeta.


Ta pustka odżyła w Jareckiej w niedzielę, w chwilę po tym, jak wujostwo Fistaszkowie powieźli w świat Trójkę i Czwórkę.
Półka na buty za pusta.
Lodówka za pełna.
Piątek w stanie pomieszania zmysłów, zagubiony jak jego matka na stoisku z wędliną.
Nie wie kiedy jeść, zawsze siadał do stołu w kompanii. Nie wie kiedy oglądać kreskówki - zawsze przypominało mu się, że ma na to ochotę, gdy Czwórka siadała do Littlest Petshop. Gdy starszaki składały na stole puzzle z tysiąca pięciuset kawałków, on przynosił swoje układanki z bohaterami Avengers. Z bratem grał w piłkę a z siostrami kłócił się o huśtawkę.
Huśtawka dynda na wietrze.

- Tato, zagrasz ze mną w piłkę? - zapytał Piątek w ten niedzielny ranek a echo jego słów odbiło się w pustych pokojach.
- Jasne - odparł Jarecki i ruszył do gry.
Jarecka przyglądała się z tarasu, jak raz po raz któryś naciera na bramkę między dwoma jabłonkami.
"Teraz ty jesteś piłkarzem a ja bramkarzem, teraz ja jestem piłkarzem a ty bramkarzem, teraz obaj jesteśmy piłkarzami" - dyrygował Piątek (w tym wieku piłkarze na szczęście jeszcze nie krzyczą KURWA MAĆ!!).
- A teraz mamo chodź, będziesz Niepokonanym!
Jarecka zamrugała wybudzona z letargu.
- Co?
- Będziesz niepokonanym! My z tatą jesteśmy Supa Strikas i gramy z Niepokonanymi.
- Que? Mam grać z wami w piłkę??
Piątek, który nigdy, przenigdy nie zaproponował swojej matce czegoś podobnego patrzył na nią z nadzieją i nie widział w swojej propozycji nic nadzwyczajnego. Jarecka owszem.
Jarecki turlał się ze śmiechu.

Trochę się tam dałam pokonać, ale tylko trochę.

Święty Spokoju, módl się za nami.



Ciąg dalszy niezwykłych przygód słomianej matki słomianego jedynaka nastąpi.




12.07.2017

Bez upiększeń

To jest dziwne a nawet podejrzane ale to prawda.

Dzieci jest pięcioro.
Gdy jedno wyjedzie, zostaje czworo, czyli wciąż dużo.
A jednak "pełno nas a jakoby nikogo nie było..."
Gdy zabraknie jednego koloru w widmie, to już wszystko się zmienia, czyż nie?

Tymczasem wyjechało dwoje - to najbardziej żarte i to najbardziej sterane bojem o równość.
Cisza.
Spokój.
Nikt nie blokuje kuchni swoimi wypiekami i nie zadaje zakazanych pytań w stylu: co mogę zjeść? Nikt się nie obraża, nie trzaska drzwiami i nie wykrzykuje, że to jest NIESPRAWIEDLIWE!



***


Przybliżcie się no.
Jest noc, wszyscy śpią, będę się zwierzać.
Wydziergałam portret Sylvii von Harden i myślę sobie.




Taka Sylvia, feministka, chłopczyca. Twarz swoich czasów (dwudziestolecie międzywojenne, Niemcy). Poproszona o pozowanie do portretu stawia warunek: bez upiększeń.


Otto Dix, Portret dziennikarki Sylvii von Harden
A naprawdę wyglądała tak:

Babka z jajami, co nie?



Z domu wyniosłam naukę, że faceci to nic dobrego i zasadniczo nie należy im ufać. A z drugiej strony, że świętym obowiązkiem jest robić mężowi kanapki do pracy, odgrzewać obiad i prasować koszule.

A ja czuję się kobietą wyzwoloną.
Wyzwoloną od tych nauk.
A także od dzisiejszego feministycznego obowiązku robienia kariery, bycia samodzielną i walki z mężczyznami o rację.

Przeszłam długą drogę z domu rodzinnego do miejsca, w którym jestem. Tak jak moja mama mam pięcioro dzieci. Czasem odgrzeję obiad, koszul raczej nie prasuję. Zawsze ufam.
Jestem bardzo szczęśliwa.

Co dam na drogę moim córkom?
Myślę o tym w nocy, gdy wszyscy śpią.






Ale zaś nie codziennie! Bo zazwyczaj to książeczka, podusia i lililaj ;)
Dobranoc.

04.07.2017

Jak to się dzieje

Najpierw wiadomo, dzieci są małe, trzeba nakarmić, trzymać za rękę, żeby nie rozwaliły głowy ucząc się chodzić. Nie wiedzieć kiedy robi się z tego cały etat.
A potem znienacka! - gdy tak sobie tkwisz w tych trybach i zębatki odgniatają ci się na czole, i już bez protestu jedziesz na tej taśmie - zauważasz, że twoje starsze dzieci nie tylko potrafią zrobić sobie kanapkę, ale też upiec ciasto, zrobić prosty obiad, zająć się rodzeństwem. Że to destrukcyjne niemowlę ma już prawie cztery lata i ochoczo zajmuje się układaniem swoich puzzli oraz w nosie ma skarby twojej pracowni.
Jak się człowiek w porę nie spostrzeże, pojedzie na taśmie aż do ostatniej stacji.
Można też złapać tę bezcenną chwilę nieznanej długości i niech się DZIEJE!

Czyli będzie o dzianinie a konkretnie o szydełku.


A więc - JAK TO SIĘ DZIEJE.


Najpierw robię sobie szkic. Nie po to, żeby się go wiernie trzymać, raczej po to, żeby wiedzieć mniej więcej co ma się znaleźć na ilustracji a przede wszystkim określić gamę kolorystyczną.
Takie bazgru bazgru.



Następnie trzeba posprzątać w pracowni, bo potrzebuję dużo miejsca. Zdziwicie się! Sprzątam ochoczo, bo na końcu kija dynda ta słodka marchewka, WIZJA!
Dzień pierwszy to konstrukcja makiety. Styrodur, nóż do styroduru, klej na gorąco, arkusze brystolu i tkaniny, które razem stworzą bazę pod obrazek.
Na deser wybieram sobie włóczki do pracy.
I idę dopilnować porządku poza drzwiami pracowni; cokolwiek to znaczy.






Dzień drugi -
- i kilka kolejnych to najlepsze, ulubione. Dziergam, co mi w duszy zagra. Na tym etapie wszystko do wszystkiego pasuje, układam, przekładam. Rozplanowuję większe płaszczyzny i gdy ustalę mniej więcej kolory, fasady pakuję w koszyk i schodzę na dół popracować w filii pracowni - czyli przed telewizorem :) Gdy dzieci są w domu oglądam Napisała morderstwo, gdy ich nie ma odpalam coś na Netflixie. Nie może to być ani za mądre ani za ładne, bo jednak oczy i czujność mam zajęte ;)
W nagrodę dziergam sobie skuterek.

Potem zaczyna się wybrzydzanie. Jednak nie ten kolor, to źle tu wygląda, za duże, za małe.

Ten budynek na drugim planie odpadł bo okna z balkonami wyglądały jak dziwne mordki. Dziękujemy, zadzwonimy do pana.
Im dalej w las, w miarę rozbudowy coraz więcej decyzji do podjęcia. Czasem potrzeba kilku prób, żeby trafić w swoje założenie.

I znowu dziwna mordka wystaje nad dachami! Wytnę ją w Photoshopie.



Weźmy ten budynek z lewej strony, ten brązowy. Kilka razy zmieniałam mu okiennice. A to za bardzo kontrastują, a to zbyt podobne do dachu. Teraz wyglądają, jakby były do kompletu z tymi na środkowym budynku, prawda? A to zupełnie inny kolor. Okiennice takie jak pośrodku owszem były: lecz na ciemnym tle wypadły tak jaskrawo i tak upodobniły się do błękitu nieba, że wymieniłam na dużo (serio!) ciemniejsze.

Przede mną jeszcze najgorsze: zdjęcia, obróbka. Za mało to umiem, żeby mogło mi sprawiać przyjemność. No ale człowiek uczy się całe życie, jak mawiała moja babcia.
...I głupi umiera - tak kończy się ta sentencja.

A skoro piazza gotowa i pogoda dopisuje, chodźcie się przejść!


to zdjęcie jest poruszone, bo zrobione z okna samochodu! Mini włoskiej pandy! ;))


Znowu z pandy!




Chmurka tylko na chwilę zmąciła błękit nad naszym citta.
Zerwał się wiaterek, poruszył praniem, przegonił obłoczek.


Idę przykryć miasteczko prześcieradłem, żeby się nie kurzyło. Już sprzątnęłam pracownię.
Na warsztacie kolejny szkic, cieszę się głupek, lecę wybierać włóczki!

21.06.2017

Hit wakacji

   Podczas gdy kraj ustawia się blokach startowych na linii "koniec roku szkolnego" i czeka tylko na rozdanie świadectw, galowe stroje, nagrody, dyplomy, kwiatki dla nauczycieli, mszę z okazji zakończenia, akademię z okazji zakończenia (w pakiecie!), przemowy dyrektorów i inne atrakcje, Jareccy próbują sobie przypomnieć, czy aby rzeczywiście byli już na wakacjach, bo może im się tylko śniło?
Opalenizna wyblakła, kąpielówki wyschły, z dmuchanych zabawek pospuszczano powietrze. Kończy się kawa przywieziona z Włoch, magdalenki wyszły już dawno jako drugie śniadanie do szkół.
Co zostało?






Wiadomo, wrażenia.
Gdyby zapytać dowolne dziecko Jareckich czy Mireckich (bo w tej kompanii zażywano kanikuły) co na wakacjach zrobiło na nich największe wrażenie, co można usłyszeć? Baseny, zjeżdżalnie i rwące rzeki do jazdy na dmuchańcach? Drzewko morwowe objedzone przez tę polską szarańczę do gałązki? A może freski Piero della Francesca w Arezzo? Giotta w Asyżu? Nie? To może chociaż umbryjskie panoramy? Lody? Wieczorne tańce z animatorami? Też chyba nie.









Fascynacja zrodziła się podczas jednego z identycznych słonecznych i świątecznych dni w kempingowym miasteczku, powiedzmy że "gdzieś w Toskanii"'
Idzie sobie rodzina Jareckich i rodzina Mireckich, która tym różni się od tej pierwszej, że jest ciut liczniejsza i że wszyscy są tam do siebie podobni. Jakby tego było mało, na wycieczki krajoznawcze Mirecki wydaje dzieciom z magazynu jednakowe koszulki - limonkowe albo błękitne - czym dokumentnie kradnie show Jareckim.
Idzie sobie ten kilkunastoosobowy tłum na basen i WTEM!
Trudno dziś powiedzieć, co jako pierwsze zwróciło uwagę: czy drobne kilkulatki jadące na rowerach/hulajnogach z prędkością światła po chodnikach o dużym nachyleniu, czy kolorystyczna harmonia małżonków z przyczepy przy głównej alejce, czy mały stolik przy tejże przyczepie.
Przy stoliku sześć małych krzesełek.
Na stoliku sześć małych kubeczków.
Hebanowa Mamma.
Waniliowy Vater.
I sześcioro małych Murzynków w pełnym pędzie na rowerkach.
Jeszcze czekoladowe niemowlę na rękach Mammy.
Jak nietrudno się domyślić, to nie wielodzietność zrobiła wrażenie - na Mireckich, którzy wychodzą w tym starciu na remis - ani na Jareckich, którzy przecież znają Mireckich, więc nihil novi; raczej to, że Murzyniątka wyglądały na rówieśników i w pędzie zdawały się mieć w pogardzie swoje życie, kolana i czaszki.
Jarecka, wierna czytelniczka Agathy Christie, zaczęła się rozglądać za brakującymi trzema Murzynkami.*
Nie było - dramat, ale zostawmy takie tam literackie skojarzenia.



Przez kolejne dni dzieci kręciły się po głównej alejce i raz po raz przynosiły rewelacje z podwórka Murzynków. Fantastyczne opowieści o tym, że na przykład wszyscy jedzą obiad albo że idą na basen, albo pod prysznic. Wkrótce także bardziej szczegółowe informacje. Że fascynująca gromadka nie jest wcale w jednakowym wieku i że najstarszy z rodzeństwa ma na imię Giuseppe (co za zawód, nie Bambo?!) Kolejne raporty składał Angelo Mirecki o urodzie putta i sprycie Klossa a Jarecka z Mirecką przyjmowały zakłady bukmacherskie, czy miały tam miejsce ciąże mnogie, i ile razy.
W jakim języku Angelo inwigilował interesujące obiekty - nie wiadomo. Wiadomo za to, że w pewnym wieku - szczęsny czasie! - zupełnie nie ma to znaczenia.



Taaaak. Wakacje były i się skończyły, wypłowiało pod powiekami słońce Italii. Zaległości w edukacji nadrobiono, zarośnięty trawnik skoszono, odczytano kilometry maili w dzienniku elektronicznym. Nastały nowe zachwyty; że łąki tak bujnie kwitną, że borówki w tym roku obrodzą, że już ta Zadnia Góra nie będzie taka zadnia...
...bo oto przed Deszczowy Dom zajechała gigantyczna ciężarówka, usypała piramidy tłucznia a wielki walec uklepał w miejscu Strasznych Wertepów istny highway.
- Dzieci! - krzyknęła Jarecka sztachając się z lubością czerwonawym pyłem hajłeju - będziecie mogły teraz do woli jeździć po ulicy na rowerach i hulajnogach!
Na co Piątek, oczadziały tą perspektywą:
 - JAK MURZYNKI!!!


Zaprawdę, zaprawdę.
Nie ma na świecie nic bardziej fascynującego niż drugi człowiek.



*Mam na półce tę książkę pod tytułem I nie było już nikogo. W sensie, że żadnego Murzynka.

13.06.2017

Za zamkniętymi drzwiami

Dostałam wiersz do zilustrowania.

Wierszyk cymes, ale nie było tam ani słowa o domkach, kwiatkach, syrenkach i o niczym, co znamy z widzenia tylko o czymś, czego JESZCZE NIE MA!! Aaaa!!!!




Najpierw były szkice.
Potem wyłoniła się jakaś maszyna, której koloru i faktury użyczyła moja koszulka, niech jej ta maszyna lekką będzie.




Hm, ale może by maszyna z jakąś ludzką twarzą? na przykład konstruktora tejże?




Od razu mówię: w osuszaniu butelki miałam, owszem, swój udział ale nie przy pracy! Najpierw zrobiłam przestrzenną konstrukcję z głowy osadzonej na butelce. To się nie udało, bo przykleić głowę do butelki to pikuś, gorzej z osadzeniem wysięgnika, który wieńczy hełm wynalazcy. A zatem gość będzie pozował leżąc.

Rozejrzyjmy się po pracowni. W prawo -




...w lewo -




...i na wprost -




Myślicie sobie: ale bałagan! Nie, tu jest całkiem porządnie. Przy tej ilustracji nie dziergałam wcale tak dużo jak przy domkach czy kwiatach.
Sprzątnę, jak skończę.

Gorzej, gdy bałagan robi się na planie -




Poniżej klej w sztyfcie jako wspornik chmur, obłoczków, genialnych myśli...




Na zdjęciach można wypatrzyć trochę brudnych naczyń; zapewniam, w kuchni jest ich dużo więcej.
Jakieś kłaczki kurzu, jakieś dzieci żywione płatkami z mlekiem i makaronem z pesto, jakieś stosy prania do wyprasowania - podobno wszystko to za drzwiami pracowni można spotkać. Wierzę na słowo.


Ostateczny efekt pracy zobaczycie w pierwszym wrześniowym numerze Świerszczyka.
Autorką wiersza jest Ala Krzanik znana w DD jako Alcydło Kr.
Nie mogę się doczekać!

03.06.2017

O niefrasobliwości, demencji i o tym, jaki ma to wpływ na ogólny stan zdrowia

Jak wyjaśnić to, że Jarecka porzuca samochód pod supermarketem "Juda&Tadeusz" i zmierza szybkim krokiem na przystanek autobusowy?
To dziwne, nieprawdaż, zwłaszcza, że w tym czasie jej syn lat 12 (i 10 miesięcy) został sam w domu z trzylatkiem, który właśnie...
- ...zwymiotował...
- Ach tak - zasępiła się Jarecka i na ułamek sekundy zawahała się, czy nie wrócić do domu - a czy drugą stroną też już zrobił?
- Dwa razy, musiałem mu zmienić majtki.
- Aha, aha - potakiwała Jarecka zachęcająco. Wiatr dął i trochę zagłuszał rozmowę.
- Ale właśnie powiedział, że czuje się dobrze.
Jak dobrze, to dobrze! Bene!
A otóż i autobus, ciao.

Jak to wyjaśnić?
Bardzo łatwo.
Jarecka zmierzała do okulisty.
W głowie mając te sceny sprzed lat, gdy wychowawczyni Ewa (internAt szkoły matematycznej w mieście B), obfita macierz, stawała w drzwiach pokoju nr 414 i załamywała ręce.
- Dziewczyny, jak możecie czytać tak po ciemku, popsujecie sobie oczy!
Jarecka i Jej Najlepsza Przyjaciółka podnosiły wzrok znad Królów przeklętych, Muszkieterów tudzież innej pożywki nastoletniej egzaltacji - i tu się kończą wspomnienia Jareckiej, pozostaje tylko smutna konstatacja "a ostrzegała!".
Zupełnie jakby kolejne kilka lat Jarecka spędziła na leżeniu z okładem z rumianku na powiekach.

Pani doktor okazała się być z gatunku tych kobiet, które wprawiają Jarecką w zachwyt. Twarz jaśniejąca, jakby dopiero co zeszła z góry Tabor, zęby - no to już przesada! - i sylwetka tęga a energiczna, wysokaaaa! Co się robi z twarzą, żeby była taka gładka i jednolita w kolorze? Bo coś się robi, ludzie się chyba tacy nie rodzą?
- ...najgorzej jest jak jadę w nocy samochodem - użalała się Jarecka - światła mi się rozmazują, widzę same poświaty (że prawie zaświaty!), nie mogę ocenić odległości. No i na przykład, z tego miejsca - kiwnęła brodą w stronę okna - nie widzę wyraźnie twarzy ludzi, którzy idą tamtą ulicą.
Krasawica łypnęła we wskazanym kierunku i zdusiła w sobie uwagę, że zasadniczo, jak się nie jest myszołowem, nie ma potrzeby zoomować aż tak.
- A kiedyś widziała pani lepiej? - zapytała podejrzliwie.
- Zdecydowanie! - zapewniła żarliwie Jarecka.
Pani doktor zamrugała zakłopotana za szkłami swoich kocich okularów zastanawiając się najpewniej, jak przekazać pacjentce tę szokującą wiadomość.
- Znajduję pani wzrok bardzo dobrym - orzekła.
(Znajduję jakimś! - jakiż wspaniały zwrot! Ilekroć ktoś go użyje w obecności Jareckiej, w jej pamięci odżywa anegdota profesor Falistej. Było tak: koleżanka poprosiła Falistą o opinię o współpracowniku: "Powiedz, jak znajdujesz doktora Jima?" "Normalnie" - Falista na to - "idę do jego biura i pytam sekretarkę, czy jest Jim")



- ...i że nie proponuje mi okularów, wystarczy nawilżanie oczu - zakończyła Jarecka zwyczajowe sprawozdanie dnia. Jarecki jednym okiem był już w Krainie Snu.
Jakieś pół roku wcześniej Jarecka przebadała się od osocza aż po najmniejsze leukocyty i wprawiła w zdumienie lekarzy faktem, że niezbyt dbająca o siebie baba po kilku ciążach może mieć doskonałe wyniki bez wspomagaczy (nie licząc kawy. I wina). Te wyniki stanęły jej teraz przed oczami pod rękę z diagnozą okulistki.
- Ty mi powiedz - zapytała pochrapującego męża - na co ja umrę? Chyba już tylko na demencję.




Ach, może się martwicie co z tym chorym Piątkiem?
Nic mu nie będzie, takie geny.



...



Wakacje, wakacje, i po wakacjach, ech.
Jako te bańki są wakacje.
Amen i dobranoc.
















17.05.2017

Wiosna, chodźcie w krzaki!


Gdybym miała wobec siebie jakieś oczekiwania jako od ogrodniczki czy architektki ogrodów byłabym zawiedziona. Posadziłam różowe hiacynty pod krzakami forsycji i przez cały okres ich wspólnego kwitnienia bolały mnie zęby od tej kolorystycznej kakofonii.
Byłabym, lecz nie jestem, bo dalej uważam, że te dwa złote za cebulkę było doskonałą inwestycją i frajda z oczekiwania na to "co z tego wyrośnie" jest warta o wiele więcej.

Hm.
Podobno magnolie już zakwitły i przekwitły. Róże, które dzielnie podniosły się po lutej zimie poczerniały po ostatnich majowych mrozach.
Ja tam nie wiem, zarobiona jestem. W ogrodzie.






Tło!
Pojechałam do lumpeksu w dzień "złotówka za sztukę" i nabyłam kilka zielonych szmatek. Ponieważ kolor mnie nie usatysfakcjonował, upięłam w tle mój ukochany zielony sweterek (to ten raglan za niezapominajką), mam nadzieję, że przetrwa te igraszki. Czarnoziem usztrykowałam sama, za wąski, do poprawki.




Szpileczki - te, po które Jareckiemu było nie po drodze wytnie się w fotoszopie.







Macham do Was zza krzaków.



Jutro pakuję do mojej czarodziejskiej walizki glebę i rozsady i pouprawiam gdzie indziej.
Ciekawe, co tam urośnie na obcej ziemi :)
Może jakaś winnica?





28.04.2017

Budujemy nowy dom...

(podkład muzyczny: Chór Czejanda, Budujemy nowy dom, może być w wersji murmurando)



Mam takie poczucie, że jestem coś winna wszystkim darczyńcom, którzy (które!) tak hojnie obdarowali mnie wlóczkami. "Ciekawe, co z tego powstanie" - pisałyście w listach dołączonych do wielkich paczek.
No to proszę, zajrzyjcie mi przez ramię.

Zbudowałam kilka domków i stanęło miasteczko, w którym na razie nie dzieje się nic.
Będzie tam Boże Narodzenie, ale rozumiecie, że wiosną trudno mi wyczarować tę atmosferę.










To miała być gwiazda betlejemska ale wyszły fajerwerki albo komórka rakowa albo ufo widziane przez kamerę termowizyjną.






A propos ufo: co by to było za miasteczko bez Obcych?




Trzej Mędrcy też byli SKĄDINĄD, nieprawdaż?






No to już wiecie, co robię z włóczkami :)
Bawię się!


Wasza Jarecka



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...